Historia, którą Wam chcemy dziś przedstawić nie jest nasza historią domową
(choć z naszą się ostatnio przecięła, więc potrzebuje wstępu. Wybaczcie!
Teren dzisiejszego województwa podkarpackiego zawsze słynął w Polszcze z Gniazd Rodowych zarówno zaprawionego w bojach z Tatary i sąsiady, wielowyznaniowego szlacheckiego drobiazgu, jak i wielkiej, zaprawionej w bojach z Tatary i sąsiady, wielowyznaniowej Magnaterii.
Niewiele dziś z "drobiazgu"tego zostało. Sporo nazwisk, trochę nazw miejscowych, trochę tradycji, może nawet nie kilkadziesiąt dworów. Naprawdę niewiele.
Pozwólcie, niech ów wstęp ilustruje rycerz Cyprian Radosławic Ogończyk z Kosztowy,
(zwany ostatnio domowo Kluchozaurem).
Niewątpliwie tak właśnie mógłby się był nazywać Kluchozaur, gdyby akurat nie nazywał się inaczej. :DDDDD
Ludzi z Polski, którzy chcą zwiedzać Podkarpacie, najbardziej na ogół interesuje, jak żyli tutejsi Wielcy Panowie.
Ci, którzy swego czasu majątkami mogli gasić królów Europy, a tron Cesarza Rosji próbować zdobyć własnymi, prywatnymi Chorągwiami.
Ci wszyscy Kmitowie, Mniszchowie, Ligęzowie, Stadniccy, Lubomirscy, Tarnowscy, Potoccy, Krasiccy, czy... wywaleni z Litwy po powstaniu listopadowym litewscy książęta - Sapiehowie.
I tam właśnie historia Krasiczyna xiążąt Sapiehów przecięła się z naszą.
... i gruchnąć całą burtą "ze wszystkich rur" w cokolwiek.
Byle "szybko szło na dno".
Sami nie wiemy, co o tym myśleć.
Nie ma chyba w Polsce zbyt wielu miejsc, które z równym Krasiczynowi prawem mogłyby gościć Królów.
Krasiczyn i Łańcut.
Trudno oprzeć się porównaniom.
W Łańcucie rządzili wtedy niepodzielnie ordynaci Potoccy, w Krasiczynie (od 1830 r. z powodów, o których już wcześniej wspomnieliśmy) litewscy xiążęta Sapiehowie.
Kluchozaur na dziedzińcu zamkowym poczuł się znowu jak Cyprian Radosławic Ogończyk z Kosztowy i pozwolił się okryć płaszczem.
Cóż, pomijając wszystko inne, (a zwłaszcza nie ujmując pańskiego splendoru Potockim) trzeba powiedzieć, że zamek Łańcucki z zewnątrz, w porównaniu z krasiczyńskim, wygląda jak stodoła przy pałacu.
(Ewentualnie, jak chce Go, jak budynek KC przy minarecie) :DDDDD
Więc tym, którzy widzieli łańcuckie wnętrza, którzy opadające szczęki podtrzymywali rękami, żeby nie obijać nieprawdopodobnie pięknych, wielobarwnych parkietów z kilkudziesięciu gatunków drzewa, na których tańczyli Potoccy, siłą rzeczy zaczyna się mienić w oczach na myśl o tym, jakie cuda w tych bajkowych wnętrzach Sapiechowie (znani przecież z bibliofilstwa i zamiłowania do Piękna) uzbierali.
Wydaje się nam, że wystarczy tylko powiedzieć,
że sformułowanie ze słówkiem
"NAJ-..." (w Polsce, w Europie, na świecie)
powtarzało się w arcyciekawym opowiadaniu mówiącego z fajnym przemyskim zaśpiewem Przewodnika z częstotliwością, co trzy, cztery zdania.
(Skąd Mu się to nabożeństwo do tytułu wzięło, gdy Tata tylko kilku królów Polski szanuje - nie wiadomo!)
W każdym razie bardzo byliśmy z Niego dumni.
Otóż, żeby Wam uświadomić dlaczego niektórzy ludzie zwiedzający Krasiczyński Zamek doznają niezmiennego szoku wchodząc do środka.
Można poczuć zapach Piekła!
I tyle raptem zostało po krasiczyńskich Sapiehach, co widać na powyższym zdjęciu!
Szczątki połamanych nagrobnych tablic w rodzinnej krypcie, oraz zbezczeszczone, rozdarte na strzępy i wymieszane z odchodami zwyrodnialców w jedną trupią breję na środku krypty wyrzucone z grobów zwłoki.
Ludzie porządkujący kryptę po wojnie podzielili doczesne szczątki martwych Sapiehów "po sprawiedliwości" ! Do każdej nowej trumny głowę, dwie ręce, dwie nogi i trochę reszty.
Przewodnik, który określił sprawców tego syfu -"wyzwolicieli", mianem "najgorszej kategorii rosyjskojęzycznych ludzi" był bardzo oględny.
Zwłaszcza, że to nie wszystko!
Większość ludzi odruchowo potępia Alfreda. Czy słusznie??
Tylko skąd, na litość Boską, wziąć w czas wojny, w okupowanym Kraju 40 wagonów? Zwłaszcza w miejscowości, gdzie po dziś dzień nie ma torów kolejowych?
Więc co się działo? Ano nic, normalka! Sapiehowie uciekli ratując życie, a chłopaki, gieroje rozpalili na dziedzińcu ogień!
Nawet nie chcemy przypuszczać, że parkiety, meble, poręcze schodów, boazerie, książki, ubrania, żyrandole, buty, kapcie, szklanki, okulary, dywany, arrasy, majtki i nocniki wyrzucane przez okna komnat na zamkowy dziedziniec mogły być podobnie piękne i z podobnym mistrzostwem wykonane.
Nie chcemy, bo nie daj Bóg, mogą nas zgoła niechrześcijańskie myśli opanować. Zatem zostawiamy to krasiczyńskie pandemonium i wracamy do siebie.
Jak widać na zdjęciu, Kluchozaur jest obecnie najlepiej i najbardziej stylowo ubranym Obłędnym Rycerzem swojej epoki. Stało się tak dzięki przefajnemu zbiegowi okoliczności polegającemu na tym, że w dniu, w którym zaplanowaliśmy wizytę w Krasiczynie, odwiedzili nas Znajomi, którzy owe rycerskie gadżety przywieźli Kluchozaurowi aż z Malborka.
W zamkowej portierni zakupiliśmy książkę Tadeusza Misiaka "Magiczne drzewa w dziejach, legendach i środowisku nad środkowym Sanem" i poszliśmy jeszcze przez chwilę poszwendać się po niesamowitym krasiczyńskim parku.
Tutaj słynny, krasiczyński, spełniający niematerialne życzenia pod warunkiem trzykrotnego okrążenia pnia, miłorząb japoński.
(Nie ma co ukrywać, że przynajmniej kilka z posadzonych przez nas przy UchoDyni roślin zauważyliśmy właśnie w tym parku.
Na pewno miłorząb japoński i tulipanowiec amerykański)
Resztka ściętej w tamtym roku Wchodzącej do kościoła św. Marcina w Krasiczynie Lipy.
O "wchodzącej lipie" wyczytaliśmy w świeżo zakupionej książce. Spóźniliśmy się z tą wizytą
o rok. Nic to jednak, bo odwiedzając "wchodzącą lipę" znaleźliśmy przy okazji coś, czym z całą pewnością będziemy Was chcieli zachwycić, przy okazji następnego krasiczyńskiego wpisu.
Zwyczajnie, padł nam aparat i bez żalu odwiedzimy Krasiczyn kolejny raz. :D