Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Głobikowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Głobikowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 lipca 2012

Świat folklorem malowany. O "folklorystach", "folkloryźmie" i "folkloryzowaniu." :D Cz. I







Nie uważamy się wcale za wybitnych znawców folkloru ludowego.
Nawet miejscowego.

Raczej tylko za amatorskich, choć zagorzałych Miłośników Ziemi, na której przyszło nam żyć.


 
Skoro jednak, 

(nie wdając się zupełnie w tak ukochane przez akademików 
roztrząsanie zakresu znaczenia ogólnych terminów)

my Kulturę pojmujemy przede wszystkim jako  
cultus agri - uprawę ziemi,

oczywiste jest, że tańce, śpiewy, wierzenia, ozdoby, ulubione kolory, sprzęty domowe, sposoby stawiania domów, rodzaje i gatunki hodowanych zwierząt...

(Takie weselnie odświętne sprzężaje starannie dobranych maścią małopolskich koni zatarasowały nam ostatnio drogę w Małej i oszołomiły swoim pięknem.)


... czyli wszystkie, uświadomione i nie, 
odwieczne przejawy ludzkiego szacunku wobec 
uświęconego najpierwotniejszymi potrzebami 
i wylanym krwawym potem
równego Rytmu Ziemi...

... są również bezbronnymi ofiarami naszej zachłannej Miłości. :DDD

Zbieramy je, jak polne zioła. 
Nie szukając, tylko, jakby od niechcenia zauważając.

Ponieważ wierzymy, że dzięki ich odwiecznej mądrości możemy żyć w spokoju i bez zbędnego pośpiechu.

Innymi słowy zdobytej przez nas wiedzy o miejscowym folklorze, nie traktujemy wcale, jako 
wiedzy - zwerbalizowanej abstrakcji,
tylko jako zbiór wypróbowanych, "domowych sposobów" na życie.


Czasem zabawnych i mocno przestarzałych,


częściej przechowujących w sobie Nieśmiertelne Ziarenka Odwiecznej Mądrości.

(Niestety, nie możemy poświęcić XVI wiecznemu kościółkowi w Małej, 
który właśnie oglądacie,


tyle uwagi, ile jest wart, bo kilka naprawdę fajnych ciekawostek można w nim znaleźć,
ale obiecujemy wrócić!

  Bo, jak tu pominąć milczeniem  przy głównym ołtarzu "coś", co jako żywo przypomina diakońskie wrota w ikonostasie?!)

W każdym razie, wracając do tematu, zawsze z ogromnym podziwem i szacunkiem patrzymy
na ludzi, którzy nie dość, że systematycznie studiując temat, zdobyli szeroką wiedzę ogólną, jakiej nam nie dostaje, to jeszcze potrafią dzięki tej wiedzy zdobywać środki na życie.


Przy tym ludzie z tej "branży", których mieliśmy zaszczyt i przyjemność poznać osobiście,
zawsze - oprócz ogromu wiedzy - ujmowali nas również szczerością swoich przekonań,
co bezbłędnie pozwala nam wykluczyć Ich z szeroko pojętej "cepeliady" - czyli mniej lub bardziej udanej stylizacji, 
czy z nurtów egzaltowanej mody na "etno".



Taki obszerny i ogólny wstęp spłodziliśmy byli dla Was nie dlatego, że uczestniczyliśmy ostatnio w dwóch imprezach mających wiele wspólnego z folklorem, ale głównie dlatego, że zaszczycili nas wizytą zupełnie niezwykli ludzie Monika Dudek i Przemek Pituch,  

których poznaniem chwaliliśmy się z kolei tutaj.

a którzy nie dość, że Prezesowi przywieźli kapitalne drewniane klocki w drewnianym wózku, to jeszcze nas, ludzi, z którymi wcześniej rozmawiali może z godzinę,
obdarowali wypalanym w ich okolicach na maghrebski wzór
naczyniem tajjine, wraz z pojemnikiem na węgiel!

NIESAMOWITE zaprawdę!


Naturalnie przyjechali razem z Milenką, w której Prezes się z miejsca zakochał!
W każdym razie przegadaliśmy z Nimi szmat czasu i wybraliśmy się nawet do Gnojnicy Dolnej na pokaz filmów Andrzeja Bieńkowskiego i Witolda Brody o rzeszowskich muzykantach oraz na ludową potańcówkę! :DDDD Było fajnie!

 O tym wszystkim, 
a także o jarmarku kowalskim w Ropczycach przeczytacie w następnych odcinkach. :D

Dla zachęty prezentujemy zdjęcie ciachającego skocznego oberka na nocnym koncercie w Gnojnicy, 
91 letniego Pana  

My tymczasem jedziemy do UchoDyni!

Bywajcie.

 PS. Pamiętajcie, że tam nas dostęp do Internetu nie rozpieszcza, więc będziemy mniej aktywni...

czwartek, 16 lutego 2012

Niskie Niebo, czyli Krwawe Zapusty



Droga dojazdowa do Domu odśnieżona, co było do zrobienia na dziś - zrobione, można spokojnie, z gorącą herbatą siadłszy, wtrząchnąć, skoro dziś Tłusty Czwartek, przepisowego pączka i podumać.

Choćby o tym, że, cytując nieocenionego księdza Jędrzeja Kitowicza:

"Staroświeckim pączkiem
trafiwszy w oko
mógł go był podsinić, dziś pączek jest tak pulchny, tak lekki, że ścisnąwszy go w ręku, znowu się rozciąga i pęcznieje jak gąbka do swojej objętości, a wiatr zdmuchnąłby go z półmiska!"
:DDDDDD

A skoro tłusty Czwartek, to, mój Boże, ileż różnych, niezwykle ciekawych tropów do prześledzenia i do zasygnalizowania.
Choćby i ten, tutejszy, na skrzypiącym zakrwawionym śniegu z 18,19,20 lutego 1846 r.


10. NISKIE NIEBO (1)

Kraino piękna, ukochana przez Boga i moja.

Pani, ozdobiona niedostępnymi uroczyskami jak starą, oprawioną w las i kamień biżuterią. Twoje suknie przepasane są błękitnymi, pełnymi pstrągów, błyszczącymi wisłokami (2). Uwielbiam chować się przed światem w zielonozłotych fałdach Twego stroju - paryjach (3) , jakby faktycznie wyrytych gwizdem kosmicznego odyńca.

Kraino Frasobliwego. Ojczyzno wilka, niedźwiedzia i jeszcze twardszych ludzi. A z nich wszyscy zakochani w Tobie tą bezgraniczną, beznadziejną miłością, która jednym każe Cię gorzko przeklinać, a innym, błogosławić wspólnego Stwórcę.
Ile krwi przez wieki w Ciebie wsiąkło, to tylko On jeden wie. Piłaś ją nie robiąc różnicy, czy ona chłopska, szlachecka, mieszczańska, księżowska, polska, ruska, węgierska, słowacka, tatarska, żydowska, niemiecka, rumuńska, cygańska, czy jeszcze jakaś inna, bo wszyscyśmy kundle przy Tobie – Matko i jednaki nam koniec - w Tobie.


Mikołaj był i rozrzewniony i rozgoryczony. Rozglądał się po pobliskich chałupach. Ciemniejących i jakby zsuwających się bezładnie, razem z drzewami z okolicznych wzgórz. Wiele z nich było drewnianych i na zrąb.

Śnieg chrupał głośno pod butami na mróz.

Nie mógł pojąć, jak to możliwe, że mieszkając tuż obok arcydzieła starodawnej, ludowej ciesiołki, dowiedział się o nim zupełnym przypadkiem, przy okazji. Toż na świecie ludzie żyją z takich rzeczy! I jeszcze jakiś cymbał w sutannie zasłonił schowane między starymi lipami cudeńko obrzydliwym, wielkim, ceglanym hangarem, mającym imitować kościół. Skandal! (4) Ech...

Autobus dopiero za trzy godziny, knajpy nie ma, więc trzeba do sklepu .(5) Postać, wypić piwo i pogadać z miejscowymi. Może który wie, gdzie dwór stał… (Spalono go dokładnie sto pięćdziesiąt osiem lat temu, dziewiętnastego lutego - czytał o tym).


Chłopy rozbili miejscową gorzelnię ,(6) a potem pijani przyszli nocą i wyrównali rachunki z panami - zatłukli bez litości dziesięć osób (7); wszystkich mężczyzn (8): „czarnych”, „surdutowców”, miejscowych właścicieli, ich rządców, gości (9) - bo to zapusty, księdza (10) i dwoje służby, którzy chcieli bronić mordowanych (11). Metodycznie, od siedemnastolatka do niewidomego dziadka, który miał ponad osiemdziesiąt lat i nie miał nogi .(12) Potworne , krwawe zapusty.

Wszedł, wystukał buty o próg, zdjął czapkę i zdejmując rękawice, głośno powiedział: – dzień dobry.
- Dziń dobry (13) – usłyszał w odpowiedzi zapóźniony o jedną chwilę chór głosów.

Jeden był kobiecy, ale jego właścicielka podniosła od razu z krzesełka wielki, ciężki zad, poprawiła węzeł chusty pod brodą i ciągle chichocząc, kołysząco, wyszła ze swoimi zakupami.

- Można wypić piwo w sklepie ? – zapytał Mikołaj sprzedawcę, chociaż widział, że pozostali stoją z piwami
w rękach. Chłopi uśmiechali się do siebie. – Mam kawał czasu do autobusu.

Z rozbawionym zdziwieniem zauważył, że sprzedawca ma semickie rysy twarzy. Zupełnie, jakby w tej wsi od wieków nic się nie zmieniło.
- Aa ! To pan jest ten z gazety ? Co z proboszczem rozmawiał o naszym starym kościele? Z Miasta ? – zatrajkotał szybko facet zza lady.
Wyglądał na właściciela sklepu.
Uśmiechnął się, widząc zdziwienie Mikołaja. – W takiej wsi jak nasza, wiadomości szybko się rozchodzą – wyjaśnił. - Oczywiście, że można. Jakie pan chce ?
- A co tu piją panowie? – zapytał Mikołaj, odwracając się i patrząc na podsłuchujących chłopów.


Zapanowała wśród nich chwila konsternacji.

- Tu ni mo żodnych ponów, ponie. Some chopy i tylo ! – powiedział jeden z nich w czapce na czubku głowy i chichocząc odwrócił się do okna. Wszyscy pozostali też się zaśmiali.
Ten, który mówił, napił się piwa.
- Takie samo proszę – powiedział Mikołaj.
- I co? Podoba się panu kościół? Z modrzewia! – powiedział sprzedawca, pobłażliwie patrząc na swoich klientów.
Ci ciągle chichotali.
- Cudeńko! – powiedział z zachwytem Mikołaj. – Cudo (14), panie! Dawno nie widziałem takiej ciesiołki ! Chyba, że w skansenie w Sanoku . W kolbuszowskim skansenie takiej nie ma.
- Zno sie pon na tym ? – spytał drugi.

Przestali się podśmiechiwać. Patrzyli na Mikołaja uważnie.
Pomyślał, że widocznie nie może się im pomieścić w głowach, że ktoś może specjalnie zajechać do ich zabitej dechami wiochy, żeby oglądnąć taki mały, odwieczny kościółek. Zawsze był, to i zawsze będzie. Póki się nie spali albo nie rozsypie.
A ciesiołka jak ciesiołka. Będzie trzeba, to się zrobi taką samą. Albo i lepszą.

- Amatorsko – machnął ręką. – Głównie przyjechałem strzelić zdjęcia tym trzem trumiennym portretom, Faliburskich, co to je niedawno odkryto przypadkiem w jednym grobowcu pod kościołem .(!5) Zanim trafią do muzeum.
- Waligórskich– poprawił go jeden ze słuchaczy.
- Czytałem, że Faliburskich (16) – Mikołaj nie chciał się kłócić.
- Waligórskich – wszystkie chłopy były pewne swego.
- Wszystko jedno – Mikołaj napił się piwa. – Podobno było ich pięć, ale poginęły w czasie rabacji . (17)


Łyknął znowu. Ogrzane przy farelce piwo przyjemnie lekutko grzało go od środka.
- A właśnie, nie wiecie panowie, gdzie dwór tutaj stał? Podobno była tam kiedyś wspaniała galeria obrazów. Jakiś Rubens chyba nawet (18)?

Chłopi milczeli nieżyczliwie. Jakby się wtrącał w czyjeś osobiste sprawy. Mikołaj westchnął ze zniechęceniem.
- Myślałem, że któryś z panów słyszał od babki czy od kogo i wie – popatrzył po nich. Westchnął.


Cuda tu się podobno działy w tym tysiąc osiemset czterdziestym szóstym roku. W same zapusty. Mnóstwo krwi ludzkiej popłynęło. Chłopy z kilku wsi przyszły pijane w samym środku nocy i wymordowały wszystkich. Piłami cięli, cepami na gumnie młócili .(19)

- W środku wsi stoł – odezwał się jeden po chwili. – Tom, gdzie tera chołpa storego Brzózki stoi – powiedział pozostałym. - Som jiszcze dwo modrzywie store. Trzeci, Brzózka wycion. (20)
- A co? Żałujesz ich pon, tych ponów? – zapytał z przekąsem drugi.
- A pewnie – Mikołaj znowu napił się piwa i popatrzył na niego uważnie. – Szkoda ludzi. I obrazów szkoda. I dworu szkoda.
- Może być, ponie, że szkodo – powiedział chłop powoli. Z namysłem. - Tych łobrozów i dworu. Turysty może by jakie przyjechały łoglondoć. Piniondze zostawieły.

Ale ponów, ponie, nie szkodo – powiedział stanowczo. - To wszystko, ponie, kurwie syny były. Krew chopsko piły. Bogato piły!
Wisz pon, jak ludzie żyły w te czasy ? Wisz pon, co jedły cały Boży rok ?
Mikołaj skruszony pokręcił przecząco głową.


- Kasze z łolejem jedły! Zielsko jedły! Zgniłe zimnioki! Tfu! Łod samego myślenia można się, cholera, pochorować. A na przednówku mało ludzi z głodu zdychało ? – chłop mówił, a reszta mu przytakiwała; - Jak pon nie wiesz, to nie godej pon gupot!

Ponów szkodo ! A chopa nie? Robić trza było łod świtu po som wiczór. Na pońskim. A ekonom jeszcze stoł z batem nad grzbietem
i loł !

Jokby tak te ich dwory i łobrozy wszystkie ścisnuł w ręku, to by pewnie i krew i łzy chopskie pociekły ciurkiem.

Mikołaj stał oszołomiony. Pozostałe chłopy kiwały poważnie głowami. W tym, co mówił chłop, czuć było, że to nie szkolna, komunistyczna indoktrynacja, tylko doświadczenie pokoleń przez niego przemawia.

A ten, jakby usłyszawszy myśli Mikołaja, zaczął opowiadać. Wszyscy uważnie słuchali, potakując od czasu do czasu.
- Bobka moja, ponie, świntej pomienci, łopowiadało, że jej bobka mówieła, że jeden chop, co Wol mioł na nozwisko (21) , spóźnił sie do roboty, bo beł chory. I przyszed pon karbowy. Z takom laskom, na której se karbowoł, kto jest, a kogo ni mo.
A mioł cóś do tego Wola i znoł go. Ale pyta go jak się nazywo, a tyn mówi: „Wol, ponie.” A tyn kurwiorz łup go w łeb tom laskom i sie śmieji.
A potym znowu pyto jak się nazywo. I ten bidny znowu: ”Wol, ponie.” I znowu dostoł w łeb. Tak go skatowoł bandyto, że ten Wol umor i dzieci zostawieł !
- Mojo to samo mówieła – przytaknął drugi. – Kurwie nasienia!


Chłopy znowu poważnie pokiwały głowami i napiły się piwa. Zapadła cisza.
- Dej jiszcze jidno – powiedział jeden z nich, stawiając butelkę na ladzie. Sklepowy zapisując następne piwo w zeszycie, popatrzył na Mikołaja i uśmiechnął się.
- A te obrazy, co pan fotografował, to co to takiego, żeby aż przyjeżdżać specjalnie?

Mikołaj przepił gorzką, chłopską opowieść piwem, i westchnął.
– Portrety trumienne. Hm... To taka czysto polska osobliwość. Z siedemnastego i osiemnastego wieku. To śmiertelne portrety szlachciców i szlachcianek.
Miały kształt sześcioboków i wieszano je na najwęższym boku trumny. Cała niezwykłość tych portretów polega na całkowitym, dosłownym wręcz, realizmie. Malowano je bez żadnych upiększeń, za wszystkimi bliznami.
Czasem portretowano trupa, a czasami, gdy ktoś spodziewał się śmierci, portretowano jeszcze za życia.
To coś jak dzisiejsze fotografie nagrobne. Patrzysz i widzisz, jak ktoś wyglądał. Bardzo mało się ich zachowało, dlatego te dwa, znalezione tutaj w zapomnianym grobowcu, to prawdziwa sensacja dla tych, których to interesuje. Na skalę kraju.
Byłoby więcej, ale podczas rabacji, chłopy nawet grobom pańskim nie przepuścili. Cóż, widać mieli powody...


Mikołaj znowu westchnął, napił się piwa i popatrzył na zegarek. Chłopi słuchali uważnie. Wreszcie jeden, pocierając dłonią nieogoloną szczękę, napił się i odchrząknął: - Aa ! To jo pamintom. Było cóś takiego. U mnie. Po dziodku jiszcze. Abo i storsze – chłop zastanawiał się. – Blacho tako, ponie, sześciokuntna. Z łobrozem jakimśik. Store.

Serce zatłukło się nagle w Mikołaju jak ptak. Gwałtownie. Z pełną nadziei energią. - I co? – zapytał. Silił się na spokój. Chłop popatrzył na Mikołaja, uśmiechnął się z zakłopotaniem i machnął, na wszelki wypadek, lekceważąco ręką.
- A brzydkie to to, ponie, beło! Czorne zupełnie już od starości. Franek to to łoglondoł. Nie Franek ? – trącił stojącego twarzą do okna czerniawego kolegę.
– Co? – burknął Franek odwracając się.
- Cygon zakochony, to i ni słucho, co się godo – powiedział któryś z pozostałych. Wszyscy się roześmiali, a Franek tylko wykrzywił twarz i pokazał śmieszkom pięść.
- No. Ten łobroz, cóześ blachę łoglondoł i mówieł, że dobro.


Franek potwierdził skinieniem głowy i podszedł do lady po następne piwo na zeszyt. Tymczasem chłop mówił dalej.
- Morda, ponie, tako paskudno. Ani to świnte, ani żeby co ładnego. Łysol, ponie, taki. Z biołym wonsem. W kożuchu. I ze szramo bez coły pysk. Tak my se wtedy nowet z Frankiem godoli: co za diaboł?! Bo patrzoł jakoś tak paskudnie, że aż ciorki łoziły. Brzydkie...
- Ale co się z tym stało ?! Gdzież to jest ?! – Mikołaj nie potrafił już ukryć zdenerwowania.

Chłopu najwyraźniej zrobiło się głupio. Uśmiechał się z coraz większym niepokojem, ale próbował sobie przypomnieć:
- Zowsze sie to pod żelazko kładło. (22) Potym beczkę na dyszcz przykrywołem. A potym, jak już rdzo chyciło zupełnie, to i wyciekłem.
- Chryste Panie! – jęknął Mikołaj zdruzgotany i aż odstawił piwo.
- Matko święta ! – jęknął po chwili znowu i złapał się za głowę. Chłop chrząknął zakłopotany:
- Jo to potym nowet tego szukołem, bo pomyślołem, że to może jakie piniondze warte, ale nie znolozem - powiedział. - A co? Warte to cóś było? – zapytał z żalem.


Mikołaj tylko machnął ręką i zostawiając piwo wyszedł przed sklep. Gdy tylko zamknął drzwi, rozległ się w nim głośny, ożywiony gwar i śmiech.
Śnieg głośno zachrupał pod butami i ucichł, kiedy Mikołaj przystanął. Podniósł oczy do góry.
Trzymając czapkę w ręku wtulił rozpaloną głowę w zimny mrok, który objął ją jak mroźnymi obcęgami. Zapiekły uszy, nos i policzki.
- Mój Boże! – pomyślał Mikołaj żałośnie. – Czy naprawdę można się wszystkiemu dziwić tak bardzo, że nic nie jest w stanie zdziwić ?
Czy tak jest w porządku ?


Nad okalającymi wieś, czarnymi wzgórzami niebo było bezchmurne. Gładkie jak tafla szkła, z zatopionymi w niej tysiącami świetlnych punktów. Może takie samo jak wtedy, gdy płakali mordowani ludzie ?
Mrugało do niego.

Zaczęło się Mikołajowi wydawać, że pochyla się nad nim nisko, niziutko i chucha mu w twarz kosmicznym, lodowatym oddechem.
Zupełnie jakby chciało ucałować swoje dziecko – Ziemię - i w ostatniej chwili wstrzymało swój ruch, aby jej nie zmrozić do końca.

Spoglądał uważnie, rozpoznając znajomych i czując się przez nich rozpoznanym.



Mrugał do niego Polluks w Bliźniętach i Capella w Woźnicy.
Mrugał ogromny Aldebaran w Byku.
W obu gwiezdnych Psach mrugały Procjon i Syriusz.
Orion uśmiechał się na przemian Rigelem i Beteleuzem.

Bliżej środka może być tylko mit.
Perseusz uwalnia niezmiennie zachwyconą sobą, przykutą do skały za karę, Andromedę, a jej rodzice - Cefeusz i Kasjopeja, bezradnie przyglądają się temu z boku. Oszukany Smok wiecznie wije się dokoła.

Mikołaj chłonął kosmiczne piękno z otwartymi ustami, nie czując zimna.

Niebo zaczęło się wreszcie od niego oddalać; otulone jak peleryną, mroźnym, obojętnym wobec pierdół, milczeniem.



1. Opowiadanie jest częścią większego zbioru p.t. Baj-bajanie. Jeszcze nie było publikowane. Pierwotnie jest również całkowicie pozbawione przypisów, gdyż chciałem pisać, może koślawą, ale Literaturę, nie artykuł naukowy, a odnośniki zawsze zakłócają płynność narracji. Fakty przytaczane przeze mnie, oraz gwarę, potraktowałem z dużą dowolnością, dostosowując je do potrzeb fabuły, starałem się jednak trzymać mojej okolicy tj. doliny Wielopolki (od Wielopola Skrzyńskiego do Ropczyc), oraz jej dopływów.
Jest to jedyne moje opowiadanie opatrzone bibliografią i przypisami. :D
2. Do dziś, choć coraz rzadziej wisłok – to każda płynąca woda.
3. Paryja to w gwarze mojej okolicy głęboki jar, wąwóz. Paryja i gwizd to również synonimy dziczego ryja. Wedle mitologii (nie tylko słowiańskiej) jary powstały podczas buchtowania mitycznego Odyńca .
4. Tak jest np. w Okoninie, gdzie drewniany kościółek p.w. Świętej Anny zasłonięto ogromnym kościołem murowanym, pod tym samym wezwaniem. Oczywiście kościółek św Anny w rzeczywistości nie jest ani tak piękny, ani tak duży jak w opowiadaniu, ale szło mi o pewien typ mentalności wiejskiej, która wstydzi się swojej przeszłości..
5. Stanowczo za mało uwagi poświęca się kulturotwórczej roli wiejskich sklepów. W wielu miejscowościach, są to jedyne, oprócz kościołów, miejsca, w których spotykają się ludzie. Większość tego co wiem o miejscowości w której mieszkam wiem z rozmów prowadzonych w sklepie.
6. Wszyscy autorzy zajmujący się rabacją, których czytałem, zgodnie twierdzą że w wielu przypadkach rozruchy zaczynały się od rozbicia gorzelni, czy browaru. Tak było np. w Wielopolu Skrzyńskim, w Niedźwiedzie.


7. Wielkie morderstwa w mojej najbliższej okolicy. Łopuchowa (10 osób), Brzeziny (14), Wielopole Skrzyńskie (8).
8. Chłopi rzadko krzywdzili kobiety i dzieci (przykład Karola Olszewskiego, wielkiego chemika, syna zarządcy z Broniszowa – Jana. Karol wypadł w trakcie ucieczki na zakręcie z ojcowskich sań, a po zamordowaniu ojca chłopi go znaleźli i oddali matce.)
Wyjątkiem, było potraktowanie pani Ihasowej w Łączkach Kucharskich, którą po zabiciu jej męża, zaprzęgnięto do wozu z gnojem, na którym leżało ciało małżonka , a potem wymłócono cepami na śmierć.
9. Np. mężczyzna niewiadomego nazwiska, gość Filipa Tabaczyńskiego z Jaszczurowej.
W ogóle, w dniach 18,19,20,21 lutego do Tarnowa przywieziono 144 trupy, z czego rozpoznano 36. Ile ciał porozwłóczyły po polach i lasach zwierzęta ? Ile, jak w Brzezinach leżało w rowie aż do pochówku ? Tego nigdy nie będziemy wiedzieć.
10. Czytałem o morderstwach księży, ale większość moich pisemnych notatek zaginęła.
11. Tak było w Łopuchowej. Zabito: Łączaka – służącego, niejakiego Ludwika – pokojowego i Mateusza Strzebne – stróża.
12. Trzy osoby w jednej postaci. Stanisław Gruszczyński z Broniszowa miał 80 lat; Alojzy Rucki – zabity w Zasadnim Dworze (Brzeziny) był ociemniały. Ludwik Niecki z Brzezin Podkościelnych był bez nóg. Zresztą wszyscy byli staruszkami. Z Ruckim wiąże się paskudna historia. Otóż, słysząc niezwykły ruch, zrozumiał, że przyszli polscy powstańcy i odezwał się do chłopów: „Poszedłbym z wami, gdybym miał wzrok”. Zatłuczono go polanem.



13. Gwara jakiej dalej używam, nie jest konkretną gwarą danej wsi. Jest to język, który zapisałem ze słuchu, łącząc cechy gwar wielu okolicznych wiosek. Choć na przykład wyrażenie bogato w znaczeniu dużo, jednoznacznie kojarzy się z Niedźwiadą lub Małą.
(Naturalnie, ogólnokrajowe, wulgarne "przerywniki" w ogóle nie zasługują na uwagę.)
14. Pisząc o pięknie kościółka, miałem na myśli XVI-wieczny kościół w Brzezinach
15. W kwietniu 1983 roku w Sierakowie k. Międzychodu, przy okazji prac konserwatorskich odsłonięto pod kaplicą Opalińskich kryptę grobową z pięcioma sarkofagami. Na trzech zachowały się portrety trumienne.
16. Nazwisko zmyślone, ale przekręcanie – nie. Np. ostatnim właścicielem dworu w Łopuchowej był dr Mielczarek z Dębicy. Nikt we wsi (oprócz mnie) nie mówi inaczej niż „Mleczarek”.
17. O bezczeszczeniu grobów pańskich czytałem, ale nie pamiętam gdzie. Notatki na ten temat zagubiłem.
18. Podobno była galeria obrazów w zamku Wielopolskim.
19. Oprócz wspomnianej wcześniej pani Ihasowej, np. Kasper Litwiński – brat Stanisława, właściciela Zawadki. Kulawy. Wydał go karbowy. Rozciągnięto go na gumnie i zatłuczono cepami, gruchocząc doszczętnie (według relacji lekarza) wszystkie kości.
20. Dwór został w całej okolicy jeden. (w Łopuchowej). Zazwyczaj zostaje przynajmniej park dworski (Broniszów, Głobikowa, Mała, Nawsie), ale np. w Niedźwiedzie Dolnej zachowała się tylko aleja kasztanowa. A czasami - literalnie – nic. (Glinik, Wielopole Skrzyńskie i wiele innych).
21. O Wolu wspomina Wycech i nie jest to zdarzenie z mojej okolicy. Piszę o tym, bo tragedia związana z nazwiskiem Wol, wydaje mi się na tyle absurdalna, że aż symptomatyczna. W okolicy, karbowy z polowymi zatłukli chłopa nazwiskiem Lubela (J. Fierich).
22. Fakt! Joanna Dziubkowa – autorka artykułu z „Poznaj Swój Kraj”, pisze, że widziała takie coś na własne oczy.



Bibliografia:
Ks. Stefan Dembiński, Zapiski kościoła parafialnego we Brzezinach; [w:] Rok 1846. Kronika dworów szlacheckich zebrana na pięćdziesięcioletnią rocznicę smutnych wypadków lutego, nakładem Autora, Jasło 1896.
Joanna Dziubkowa, Portret trumienny, „Poznaj Swój Kraj”, nr 11/1987.
Dr Jerzy Fierich, Przeszłość wsi powiatu ropczyckiego w ustach ich mieszkańców, , Nakładem Koła T.S.L. w Ropczycach, Ropczyce 1936.
Józef Sieradzki, Czesław Wycech, Rok 1846 w Galicji. Materiały źródłowe, PWN, Warszawa 1958.
Władysław M. Tabasz, Brzeziny, [w:] pr. zb, Wielopolszczyzna – szkice z dziejów, Wielopole 1991.
Czesław Wycech, Powstanie chłopów w roku 1846. Jakub Szela, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, W-wa 1955.


Tym, których zmęczyliśmy, obiecujemy, że za tydzień wrzucimy zabawny post o
zapuście-mięsopuście
czyli
"Kusych Dniach Zapustowych".
Tak dla równowagi.

Bywajcie w zdrowiu!



piątek, 3 czerwca 2011

Wycieczka "Na pokoje", czyli "Park Jurajski" w świetle "Katechizmu". :DDDDD






Spokojnie!

Mimo takiego tytułu, nie będziemy się w tym wpisie odnosić do wykładów kreacjonisty, pastora, dr. Kenta Hovinda, a słowo "katechizm" nie oznacza, że do utraty tchu będziemy bronić Nauki Kościoła Rzymskiego przed atakami przedstawicieli Kościoła Baptystów z Westboro! :D

I to pomimo tego, że dla nas (czyli ludzi kształconych według teorii ewolucji), wykłady dr. Hovinda, (dostępne na You Tube !), niewątpliwie niosą ze sobą ożywcze tchnienie dobrego humoru,
a my lubimy wprawiać Was w dobry humor. :D

(Wiemy na pewno jak "działają" te wykłady, bo kilku, skierowanych do Dzieci, wysłuchaliśmy wraz z Żabą, ze sporym zainteresowaniem. Od razu przy tym pragniemy zaznaczyć, że nie uznaliśmy za stosowne, aby Prezesowi tłumaczyć, które prezentowane przez dr. Hovinda teorie uważamy za totalne "przegięcie pały" i dlaczego. :D

Wszak, jak napisała Ursula K. LeGuin w "Lewej ręce ciemności",
"Niewiedza rodzi myśl. Brak dowodu rodzi działanie".
Niech się Młody szarpie! :D)

Więc o czym będzie ten wpis? Heh!


Ano o tym, co łączy "Jurajski Park"

i "Katechizm"! :D

Myślicie, że to żart? Otóż nie! Jest taka miejscowość,


... nazywa się Głobikowa.
Jeszcze jeden Pogórzański "koniec świata" niedaleko nas, który postanowiliśmy odwiedzić.

"Na pokoje" - miejsce śmierci Konstantego

W Głobikowej, oprócz "Parku Jurajskiego", (którego mieszkańców zdjęcie widnieje na początku), szkoły i kościoła, na łagodnym wzgórzu w dole wsi, w otoczeniu pól znajduje się też zadrzewione dziś miejsce po dworze, o którym Mieszkańcy wciąż mówią "Na pokoje".

Tyle zostało z dworu. Pnie po lipach.

(Tak je nazywano przy nas, kiedy dopytywaliśmy o drogę.)

A tak wyglądał dwór Słotwińskich.

W tych to "Na pokojach" w 1793 roku urodził się Konstanty Leliwa Słotwiński - jak sam się na stronie tytułowej "Katechizmu" przedstawia:
"Przełożony Zakładu Ossolińskich,
Pan w Głobikowy,
Komisarz niegdyś cyrkułowy,
Członek Towarzystwa Naukowego w Krakowie".

Park Dinozaurów. Żaba zachwycona.


A poza tym poeta, dramaturg, frontowy porucznik artylerii, filozof, historyk, tłumacz z niemieckiego, spiskowiec powiązany z tzw. "zaliwszczyzną" i węglarskim Związkiem Przyjaciół Ludu, wydawca "drugiego obiegu" (jako dyrektor Ossolineum wypuścił , jak się szacuje, ok. 50 nielegalnych wydawnictw!) , austriacki więzień stanu (6 lat w twierdzy Kufstein w Tyrolu!), reformator, społecznik.

Autor wreszcie rzeczonego "Katechizmu poddanych galicyjskich o prawach i powinnościach ich względem Rządu, Dworu i samych siebie.", który jest najbardziej fascynującym dokumentem epoki, jaki Tata miał w rękach.


Jedna z boleśniejszych ofiar Rabacji.


Postać fascynująca Tatę przynajmniej równie mocno, co Prezesa triceratopsy.


Tata, na Konstantego, jak to zwykle bywa, trafił zupełnym przypadkiem.

(Kiedyś już się pisemnie tłumaczył, dlaczego popełnił był malutkie, nieważne opracowanko pt. Przeciw rzeczywistości. Podłoże społeczne rozruchów chłopskich z roku 1846, w dolinie górnej Wielopolki oraz jej dopływów od Wielopola Skrzyńskiego do Ropczyc".

Obok Parku Dinozaurów plac zabaw dla dzieci...

dlatego, nie chcąc dwa razy formułować tego samego, popełni teraz, autocytatę. Wybaczcie!):


"Kiedy zamieszkałem we wsi Łopuchowa, w dolinie Wielopolki, jako miłośnik historii lokalnych zacząłem dla rozrywki badać miejscowe tradycje historyczne. Ułatwiła mi zadanie książka, którą znalazłem na półce Żony. Było to opracowanie ankiet rozesłanych w 1932 r. przez Starostwo Powiatowe w Ropczycach do podległych mu gmin, opracowane przez miejscowego właściciela ziemskiego z Broniszowa, dr. Jerzego Fiericha. Tak, dość niespodziewanie, trafiłem ponownie na najbardziej sensacyjne wydarzenie w XIX- wiecznej historii Galicji – trzy dni, które wstrząsnęły Europą - tzw. Rabację. Oczywiście, znałem pobieżnie podstawowe fakty ze szkoły średniej, jednak rozglądając się po przecudnej urody okolicznych wzgórzach, zwiedzając zdziczałe parki dworskie i place po byłych dworach, czytając jednocześnie opisy potwornej rzezi, która tutaj miała miejsce, przejąłem się tą historią i uznałem za swoją."

...oraz wieża widokowa. :D

Konstanty, który mimo ostrzeżeń swoich poddanych: "że czerniawa idzie" nie chciał się ukryć, "bo nikomu nic złego nie zrobił" , a część życia poświęcił polepszaniu doli swoich włościan, zginął modląc się na klęczkach za morderców w progu swego dworu. Jak mówi międzywojenne podanie z Głobikowej: "Krew, która z niego wytrysła na ściany i podłogę nie dała się niczem zmyć".

Niestety, zdjęcia z samej góry, (na którą, naturalnie, wszyscyśmy się wydrapali :DD) nie wyszły. Zresztą i tak widoczność była kiepska.

O swoich problemach z wprowadzaniem reform we własnej wsi pisze Konstanty w liście tak: "Muszę więc powoli zachęcać, nagradzać a wreszcie karać upartych, może tak lepszy byt zaprowadzę. Jestem tu krótko, ale wiele złego spostrzegłem, które wszelkimi sposobami usunąć starać się będę. Wziąłem sobie za główny cel, ażeby w tej wiosce spróbować, czy się co dla polepszenia bytu włościan da zrobić."


Konstanty doczekał się należnego szacunku. Przynajmniej "u swoich".


Ponoć, Jakub Szela z bardzo niedalekiej Smarżowej wysłał konny oddział celem ocalenia Konstantego od rzezi, ale przybyli za późno.

Przy szkole Jego imienia nawet pomniczek stoi!

O czym jest ten "Katechizm poddanych galicyjskich o prawach i powinnościach ich względem Rządu, Dworu i samych siebie ?" Cóż, jest to bardzo przystępne (w formie katechizmowych pytań i odpowiedzi) i uczciwe przedstawienie ówcześnie aktualnej sytuacji prawnej galicyjskiego chłopa. Nie było przecież winą Autora, że sytuacja ta była koszmarna.


"Wio" - po pańsku (albo i po furmańsku :D) wydziera się Prezes z chabaziem wracający z "Na pokoi".

Przykład:

"P. Czy mogą się poddani żenić?

O. Poddani mogą się żenić, jak im się podoba, byle o tem Zwierzchności dworskiej donieśli i od niej kartkę zgłoszenia się otrzymali...


A w szkolnej Izbie Pamięci leżą CYMBAŁY! Ech... Chcemy cymbały...

... P. A kiedy tego nie uczynią?

O. To szlubu nie dostaną, bo XX Plebani mają surowy zakaz, ażeby poddanych bez wiedzy i zezwolenia dworskiego do małżeństwa nie przypuszczali."

Nauczyciel mieszkający w Domu Nauczyciela przy szkole, otworzył nam Izbę.

Szokujące? Nas tak! Nie chajtnie się chłop, jeżeli go dziedzic nie lubi!

A warto zauważyć, co napisał w 1832 r. o podtarnowskich chłopach kilka lat przed Rabacją bystry obserwator życia, znakomity poeta i pisarz, powstaniec i uchodźca, Seweryn Goszczyński w "Dzienniku podróży do Tatrów" :

Z całego serca polecamy wizytę w Głobikowej.( Jeżeli nie osobami własnemi, to przynajmniej wirtualną.)

"Zaród na dnie duszy dobry, piękny, rzadkie przymioty w ukryciu, ale w ogólności rzadko objawia swoją poczciwą, dobrą stronę. (...) Uczucie godności własnej cechujące Krakowiaka w chłopie tarnowskim przeradza się w oburzającą zuchwałość, szczególniej w stosunkach z miejscową szlachtą, z dziedzicami. Miłość chrześcijańska gaśnie w nim zupełnie pod uczuciem nienawiści. Lada spór wywołuje zemstę; niewiele mu potrzeba, aby ogień podłożyć pod gumno swojego przeciwnika, co nazywa "zaświecić świeczkę komu". (...)"

(Żebyście nie posądzili Goszczyńskiego o stronniczość, to trzeba dodać, że i i szlachty tutejszej w "Dzienniku" nie oszczędza. )

Żaba przy "Na pokojach", a szlaja się po rowach... heh!.


Z tym "Komisarstwem niegdyś cyrkułowym" Konstantego wiąże się anegdotka przytoczona przez Syna Konstantego - Henryka w wydanym w 1890 w Przemyślu poruszającym wspomnieniu p.t.
"Z krwawych dni"
(Udało nam się kupić ! :D )

Wracając z Głobikowej zatrzymaliśmy się na chwilkę przy chałupce z powybijanymi szybami w oknach. To już u nas, normalnie, nałóg.

" W owe czasy ucisku, nawet noszenie przez urzędników wąsów a szczególniej brody były surowo zakazane i narażało na utratę służby, a nawet więzienie. (...) Ojcu mojemu, przeto, może jedynemu w owe czasy urzędnikowi Galicji noszącemu wąsy kazano się albo tychże albo komisarstwa zbyć. Bez namysłu i żalu pozbywa się służby rządowej na rzecz "ozdoby twarzy"...

Chałupka była "wyczyszczona" dokładnie, ale przecież cóś dało się uratować, np. tą drewnianą walizę. :D...

I rzeczywiście Instrukcja, jaką opracowano w Wiedniu w 1772 r., :mówi wyraźnie: " Byłoby bardzo do życzenia - ażeby w określonym czasie, to jest roku i dniu nikt prócz chłopów nie ubierał się po polsku. Wszystko powinno być traktowane po niemiecku albo po łacinie, a każdy, kto tylko wstępuje w c.k. służbę, winien być sub conditione sine qua non wezwany, aby przyjął strój francuski. "

... czy tą kuchenną/łazienkową półeczkę, która jeszcze doczeka u nas lepszych dni.

Co na koniec? Można jeszcze dodać, że prawnukiem Konstantego Leliwity był zmarły w 2005 r. reżyser teatralny, pedagog, krytyk, tłumacz, dramaturg - prof. Józef Słotwiński.


Współzałożyciel miesięcznika "Teatr", kierownik literacki scen warszawskich. Pionier Teatru Telewizji, twórca i główny reżyser telewizyjnej "Kobry". W telewizji pracował ponad 30 lat, nie tracąc kontaktu ze scenami w całym kraju.

Pozdrawiamy serdecznie, zapraszamy do Głobikowej
i idziemy RODZIĆ szczeniaki !
Trzymajcie kciuki.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...