Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dynów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dynów. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 kwietnia 2011

Przemocz w Rodzinie; pałace i chałupy; ratujemy zabytki.




Qrcze na grilu!
Wybraliśmy się do Kosztowej na całe 10 dni! Mama miała tyyyle rzeczy do zrobienia w Kosztowej na zewnątrz , i co ?! No i zrobiła, choć nawet śnieżkiem posypywało, wiało wietrzysko i było zimno, a Mama wyjątkowo ciepłolubna!

( Aaaaa ! "Przemocz" - to taki siąpiący nieprzyjemnie, wyjątkowo wkurzający deszczyk! :D
Jedną z Jego ciekawszych właściwości jest to, że jeżeli przeklina się go odpowiednio długo, zmienia się w drobniuteńki, ale jeszcze bardziej wkurzający gradzik. :D)



Tata się nie martwił, bo i tak większość roboty ma do zrobienia w środku. Cyprian, jak zobaczył Tatę w stroju roboczym, momentalnie rozszyfrował go jako "Potwora z Głębu!" :D W każdym razie robota wrzała cały czas i sporo zostało zrobione, jednak deszczowy totalny "przemocz" psuł nieco humory. :D
Nasamprzód jednak mamy przecież do załatwienia jeszcze jedną zaległość. LOSOWANIE! :D

Jako się rzekło "Maszyna Losująca" wzięła i padła była onej niedzieli, kiedy to finał konkursu ogłosić obiecankowywaliśmy.

Ilość losów imponująca, ani żeśmy się nie spodziewali takiego zainteresowania. Miło nam bardzo :D
Emocje sięgnęły zenitu - Maszyna Losująca poszła w ruch!
Pomysł na ziemniaczaną katapultę (i Maszyna Losująca) przyniósł wygraną nieletniej. Mamę prosimy o adres Szanownej Laureatki. Ot, szybko się dziewczę życia nauczy - radość wygranej podlana będzie goryczą nieatrakcyjnej nagrody rzeczowej. Ciszyć się czy płakać?
Tak czy siak czekamy na emalię z adresem pocztowym na kontakt:
gobart/małpa/poczta/kropka/fm

Czas na relację z niedzieli. Z niedzieli zaległej, tej tak zimowej, że wstyd się przyznać, rozważaliśmy spędzenie jej w chałupie przy piecu. Wynurzyliśmy się jednak bohatersko i wybrali na krótki objazd okolicy. Słońce optymistycznie świeciło nam w czasie jazdy, zaś każde niemal wyjście z autka kończyło się przemoczeniem na deszczu. (Przemocz i przemocz! ) Chmury, grube, stalowo-granatowe pojawiały się nagle i błyskawicznie (chyba reagowały na szczęk zamykanych w samochodzie zamków czy jak?)


Teraz dopiero widzimy, że to była Próba naszych charakterów. Dobra, ad rem jednak. Kiedy już stanęliśmy w Dynowie postanowiliśmy zrobić kilka zdjęć, po to, aby udokumentować stan tych kilku dynowskich zabytków, które już widziane z drogi głośno swoim wyglądem ostrzegały, żeby, Boże broń, wrażliwcy nawet nie wysiadali z auta.

Przez Dynów przewinęło się kilka wielkich polskich Rodów. Pierwsi byli Kmitowie, którzy załatwili Dynowowi prawa miejskie, ufortyfikowali go, postawili sobie zamek (po którym dziś nie ma śladu) i w XV w zrobili go ośrodkiem swoich rozległych dóbr. Potem byli Rzeszowscy, Tarnowscy, Wapowscy, Krasiccy, Czartoryscy, Ogińscy, Ożarowscy wreszcie, w 1781 r zakupił Dynów Stanisław Trzecieski herbu Strzemię i jego potomkowie siedzieli tu aż do 1944 r.

Ta brzydka kupa cegieł, którą od kilku zdjęć macie nieprzyjemność oglądać to dawna oficyna dworska, w której Trzeciescy mieszkali po sfajczeniu się XVIII wiecznego dworu. Naprawdę, jeżeli ktoś nie czuje (jak my) wewnętrznego przymusu do dokumentowania KOMPLETNEJ rujnacji pięknych niegdyś budynków, niech się nawet nie zatrzymuje.

Obejrzeliśmy też miejsca po dwóch dynowskich zniszczonych przez hitlerowców kirkutach z jednym jedynym zachowanym ohelem (czyli kaplicą grobową) słynnego w Galicji cadyka, rabbiego Cwi Elimelecha Szapiro. Smutne. Nic więcej po Dynowskich Żydach nie zostało.
Tablica informacyjna przed kirkutem zamalowana zupełnie czarną farbą, a furtka z nielitościwą kłódką.

Mieliśmy szczęście zaparkować koło kupy gruzu. Była okazja na "drugi rzut oka". I tak oto z dziesięć nieobitych kafli powędrowało do bagażnika.
Dowiedzieliśmy się teraz, że "kupa cegieł" zwana "Pałacem" należy do Fundacji im. Jana Pawła II "Wzrastanie"
(Podajemy tą informację ku wstydowi tejże! Chybabyśmy się rozwiązali, mając coś takiego!)

Cały czas zastanawialiśmy się czy nie wrócić. Przemocz trwał z przerwami na jazdę i było niefajnie. Szkoda nam jednak było, więc postanowiliśmy zobaczyć jeszcze przynajmniej niedaleki Nozdrzec. Od frontu, jak widać, mało co widać :D, nauczeni jednakże wieloletnim doświadczeniem zaszliśmy dwór od tylca. :D (Zawsze jakaś dziura w płocie się znajdzie!)
Pałac w stylu klasycystycznym, z wstawkami romantycznymi i obowiązkową domieszką neogotyku zaprojektował dla Skrzyńskich w 1843 r. Seweryn Fredro - brat Aleksandra. Tu widać tył kaplicy dworskiej.

Być może niektórzy pamiętają z wpisu o Kasieńce Starzeńskiej , że w Jej czasach siedzieli tu Panowie Prekowie. Jak widać niedługo potem Skrzyńscy Ich wykupili.

(Oj, ale daliśmy plamę pisząc wcześniej omyłkowo o "Kasi Skrzyńskiej" ! Wybaczcie!
Zresztą, koniec końców obie te Rodziny t.j. Skrzyńscy i Starzeńscy miały na Pogórzu spore posiadłości naonczas!)

W każdym razie wycieczkę na tył pałacu polecamy! Dwór od strony Sanu naprawdę prezentuje się imponująco!
Po drugiej stronie drogi (w stosunku do Pałacu) znajduje się ciekawy, zabytkowy młyn turbinowy.
I tutaj bzdura, równie wielka jak zamalowanie tablicy informacyjnej na dynowskim kirkucie!
Otóż, aktualny Właściciel Młyna odbudował zdewastowane urządzenia młyna wodnego (jaz) i postanowił, że młyn będzie działał na wodę, jak na początku. Chwała Mu za to!
Ale, "nasza" polityka energetyczna, zablokowała tą bezcenną inicjatywę i Baryczka wciąż płynie sobie bezproduktywnie obok, a Młyn MUSI korzystać z energii kupnej!
Ręce opadają!

Po obejrzeniu młyna, burza mózgów i decyzja zapadła! Jechać dalej. Przed siebie. I okazało się, że naprawdę było warto! Tu przepiękne, potężne osuwisko przy drodze do Wesołej. Celem naszej wycieczki było zobaczenie Baryczy. Przewodniki co prawda nie wspominają o niczym ciekawym w Wesołej i Baryczy, my jednak postanowiliśmy zaufać intuicji.

I jechaliśmy przez przepiękne pogórzańskie wsie rozrzucone po stromych wzgórzach, co chwila rejestrując ich przemijające starodawne piękno.
Przy tej kompletnej ruinie opadły nam szczęki!

Zwróćcie proszę uwagę na kapitalne, wykończenia.
Niestety, do chałupki wejść się nie dało. Szkoda! Długo to cudo już nie postoi!.

Normalnie serce się kraje!

Niby człowiek do wszystkiego powinien się kiedyś przyzwyczaić, ale my wciąż nie możemy!




W obu wsiach (zwłaszcza w Wesołej) rzuca się jednak wciąż w oczy duża ilość tradycyjnych, pięknie wykończonych zagród. Niektóre, widać, że remontowane.
Chwała Bogu! I Wariatom. :D

A tu fajna niespodzianka! Galeria rzeźbiarska przy jednej z chałup! Widać, że "robotę" w drzewie miejscowi Artyści mają w genach.
Orkiestra.

Przepiękny Frasobliwy.

Tu dopiero kompania. No, po prostu super!

Św. Piotr z Dyjabołem.

Anioł. :D

I co chwile trzeba się było zatrzymywać, żeby zrobić kolejne zdjęcie.
Ale takie przystanki to czysta przyjemność.

I inspiracja na przyszłość.

A te drzwi to nas zaskoczyły. Nie wyglądają na chłopskie. Chałupa remontowana, więc może Wariat przywiózł je ze sobą? Ładne.

No i fajno! :D W znakomitych humorach postanowiliśmy wreszcie wracać.
(Humory były pierwszorzędne nie tylko z powodu przydrożnych cudeniek, ale... to się wyjaśni na końcu! :D )
A to ciekawostka. Będąc w Kosztowej usłyszeliśmy nagle klangor i na niebie pokazało się kilkadziesiąt (koło setki chyba!) żurawi, które kołowały dłuższą chwilę zanim rozbiły się w skomplikowany klucz i poleciały dalej!


A to zdjęcie Dynowa zrobione w drodze powrotnej.

Już kiedyś przyuważyliśmy tą przepiękną willę wciśniętą pomiędzy bloki.


Piękny dom. Też zapewne nie byle kogo...

A tutaj też Dynów i kapitalny podmiejski domek.

Mijaliśmy go już wielokrotnie, ale ponieważ nie ma tam jak zaparkować, zawsze zdjęcia odkładaliśmy na "kiedyś".

Prawda, że warto się zatrzymać?

A oto wreszcie powód naszej ogromnej radości (choć i smutku) ! Otóż, kiedy oglądaliśmy i robili zdjęcia przydrożnej ruince miejscowe chłopaczki, które obserwowały nas uważnie i wreszcie się troszkę ośmieliły, powiedziały, że kilka kilometrów dalej przy drodze jest chałupa jeszcze pod strzechą.


Naturalnie od razu się tam wybraliśmy. Chałupka w połowie zawalona, niezamieszkana już od 30 lat, a w środku Cuda, które mogłyby przyprawić o palpitację serca każdego muzealnika-etnografa!
W większości kompletnie zmurszałe i nienadające się już do niczego!

Coś jednak udało się nam uratować. Niemal kompletne żarna...

Kuferek w zadziwiająco dobrym stanie! (W środku było przedwojenne srebrne 5 złotych.)

I grabowe grabie, jakby wczoraj zrobione! I jak tu mieć kiepski humor z powodu przemoczu?! :D


Kochani!
Przygotowując się do świętowania wspomnienia Zmartwychwstania Zbawiciela, życzymy Wam z całego serca zdrowia, Świętego Spokoju i harmonii w życiu.
(Tym, których harmonie nie przekonują, niech "GRA GITARA"! )
Wesołych Świąt!


P.S. Przepraszam za falstart - zupełnie niechcący, bez naszej woli i wiedzy opublikował się post w trakcie redakcji.


niedziela, 18 lipca 2010

Cud -Niedziela pomiędzy Cud-Harówkami

:D
Wreszcie. Wreszcie koniec z zadyszką i wykradanymi dobami w Kosztowej. WAKACJE!. Zjechaliśmy czwartego lipca "na stałe". Na stały front robót. Ho, ho, co to nie mieliśmy zrobić! No i robimy. Od rana. Tylko efektów nie widać, a zadań nie ubywa. A od wiosny mówiliśmy jedno tylko - "niech no przyjdą wakacje...." :-)

Chciały żaby króla, dostały bociana. My chcieliśmy wody, dostaliśmy żabę ... :-)

Za to ładną.

Z okazji upałów Prezes dbał, by ujeżdżana koza za bardzo się nie spociła, ot, dobre dziecko!
Takie cud-trawy ozdabiają nasz Dębowiec. A Dębowiec to w tej chwili priorytet.
Chcemy oczyścić pole z chwastów, a zostawić tylko rozsądną ilość dorodnych drzewek. (Tak jak na tym zdjęciu.) Głębiej w krzaczory to się można zapuszczać z maczetą.)
Notabene, jeśli ktoś wie, jak po rosnącej brzózce czy olsze poznać czy lat ma cztery czy osiem, prosiemy pięknie o instrukcje w ramach blogowych komentarzy :-)
Tatuś kiedyś będzie miał konie, to mu będzie lżej. (Nawet nie o to chodzi że ciężkie, tylko niewygodne.
Chwila oddechu z okazji konieczności zrobienia drobnych zakupów. Stacja kolejki wąskotorowej - Dynów!
A Prezes od zawsze zakochany w ciuchciach. Chłopczyk pełną gębą
Dziw! Rośnie toto przed budynkiem dynowskiego Dworca Kolejowego (Kolejka wąskotorowa jeździła tu od 1904 roku. Nie dla gawiedzi (czyt. turystów). To był wówczas tabor towarowy. Całkowicie prywatny. Miał wozić buraki do założonej przez Lubomirskich w Przeworsku - cukrowni.
Tatuś czytając później o historii kolejki urechotał się przy okazji jak norka, gdyż
wymyśliło sobie ją dwóch Panów: Pan Skrzyński z Bachórza,
i Pan na Łopuszce Wielkiej - niejaki
HRABIA SCYPIOR !!!
I ten Hrabia Scypior Tatusia rozwalił. No nic.

Uzupełnienie.
Potem naturalnie, (tak na wszelki wypadek) Tata sprawdził w swoich herbarzach, (bo przedziwne nazwiska się przecież trafiają) i tak: na tablicy informacyjnej w Dynowie funkcjonuje nazwisko SCYPION. Scypior jest na oficjalnej stronie kolejki. I stąd moja pomyłka i rechot z galicyjskich Hrabiów.
Fakty są takie:
-W wydanym w 1898 roku herbarzu szlachty witebskiej jest zapisany
"Szczerbiński h. Scypion alias cztery laski błękitne"
- w herbarzu Bonieckiego są wzmiankowani jacyś Scypionowie (przypominam, że Boniecki swego herbarza nie skończył)
-u Czesława Malewskiego w Rodach szlacheckich w powiecie lidzkim na Litwie w XIX wieku. funkcjonuje niejaki
"Scypion de Campo"
(za ornatowski.com)

I tyle wiem. Zatem Scypion czy nie, sprawa jest dalej niejasna.



Prezes nie mógł się nacieszyć!


Aż wreszcie przyszła NIEDZIELA. Jak nasza rodzinna tradycja każe, należała się nam wędrówka po okolicy. Pierwszy nasz cel to Czerteż. Góra vis a vis naszego domu.
Widok na Kosztową.
A tak z Czerteża wygląda nasza chałupinka. Z daleka zyskuje!
Chłopaki lustrują okolicę...
... i szukają punktów orientacyjnych.
A to rzeczona okolica.


Mimo nieustępliwych upałów, majowe deszcze jaszcze całkiem nie wyschły. Komarzy raj.

Heh! Na żadnym zdjęciu nie widać, że Prezes nauczył się - zupełnie jak Mama - hasać po świecie boso.
Panie Boże, ależ Ty masz talent!

A tu tajemnicza kolebka tajemniczego oseska.


Maszerują chłopcy, maszerują....,

ale ileż można! W niedziele? W upale?

Nawet ogarynkom należała się chwila wytchnienia
w przecudnych okolicznościach przyrody.
I na koniec wyprawy dostaliśmy jeszcze bonus! To imponującej wielkości drzewo-senior to nie jakaś lipa, jesion, czy dąb,
a ... CZEREŚNIA! W życiu takiej wielkiej nie widzieliśmy! Ileż ona może sobie liczyć wiosenek???

No i krótki powrót do cywilizacji (trzeba było załatwić kilka spraw, zajrzeć do internetu, itp.). Prezes skorzystał, bo znów miał swój pierwszy raz.


Wesołe Miasteczko okazało się dla Cypriana nie lada atrakcją.



Tymczasem w środku lata, jesień ukradkiem rozwiesza lampiony....
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...