Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dom. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 lipca 2014

Piękna Helena czyli babskie blablanie

Wprawdzie w tym roku możemy stanąć do konkursu najlepszych antyblogerów i pewnie w cuglach wzięlibyśmy pierwszą lokatę, 
ba, mamy też rekordową liczbę nieobserwujących, ale...


... w końcu nasza szklanka znów zaczyna stawać się
do połowy pełna.


Reszta Barłowskich zdobyła szczyt!
Od sosny się zaczęło, no i wspinamy się.


Zaliczyliśmy pierwsze wakacyjne koncerty w pobliskiej Gnojnicy Dolnej.
Tu: nasza, tutejsza, rewelacyjna nestorka,
liderka zespołu "Kurasie",
Pani Albina  - nie może być inaczej - Kuraś.


Zaczarowały nas stare kozackie, epickie dumy 
zespołu Chorea Kozacki
z Kijowa grane na "starożytnych" instrumentach:
lutniach, teorbanach, czterech chyba instrumentach dętych, których nazw  nawet nie znamy
i lirze korbowej. Tę Prezes ze znawstwem zdefiniował jako:
trochę skrzypiec, trochę gitary i trochę gramofonu.
:DDDD


Rok temu Prezes na inaugurację wakacji pozował   z Waldemarem Rychłym z Kwartetu Jorgi.
Kontunuując ten chlubny zwyczaj, chciał Tata uwiecznić Cypriana
z kolejnymi artystami, których słuchał - Julią Doszną o anielskim głosie
i Antonim Pilchem, wtórującym jej lutniście.
Zamiar doskonały - efekt - jak widać :D
Szklanka z tego powodu nie zaczęła być znowu do połowy pusta, o nie!


W UchoDyni po raz pierwszy zakwitła nam katalpa,
którą posadzilismy pierwszego lata po kupieniu chaty.

 Zakwitła to mało powiedziane!
Najpierw nieśmiało zamrugała,
 a potem 
ni stąd ni zowąd
wybuchła i rozhulała się jak panna młoda,
która z każdą godziną wesela nabiera pewności siebie i siły.


Zapewniam,
że nie jest to bajer reklamowy - kwitnąca katalpa
naprawdę odstrasza komary!!!
Nasze wieczory na uchoDyńskiej werandzie
przez dwa tygodnie były wolne od brzęczenia i nieustających ataków krwiopijców.
(Poza tym Tato pije herbatkę z jej liści na porost mięśni, a Mama, chcąc zapobiec demencji :DDDD) 

W tym samym czasie, kiedy sadziliśmy katalpę, zmuszeni byliśmy ściąć orzecha.
Wymowny jakoś dla nas kawałek pnia już wówczas miał stać się
przydomową kapliczką.
Kontynuując budowę UchoDyni od dymu z komina, Tato wreszcie
tego lipca
zamienił Słowo w Ciało.
Jeszcze tylko krzyżyk moczy się w różnistych specyfikach,
(czysta alchemia!)
 które zapewnią mu długowieczność.
Wierzę, że niedługo pokażę ją 
skończenie skończoną.


Najważniejsze jednak, że nasz Najpierwszy, 
a głównie Jego Cudowna Żona
obdarzyli nas kolejną Wnusią.


Piękna Helenka Maryjka
wiedzę mitologiczną
posiadła chyba prenatalnie, 
bo jeszcze nie wyglądała na prawdziwego człowieczka,
a już całuśna, że ho, ho!

Przerażony Dziado Rado natychmiast
osobiście wybrał dla niej stosowne ubranko, by nie zaburzać równowagi we Wszechświecie.


Helenka jest szczęśliwą posiadaczką nie tylko fajnych Rodziców
(i fajnych Dziadków),
ale i fajnego Wuja Fotografa.
W Pięknej Helenie nie można się nie zakochać, 
więc i Wujo - Tomasz Cierpisz - WPADŁ PO USZY :DDDD
I  tak Nasza Pożeraczka Serc
co miesiąc ma profesjonalną sesję zdjęciową.
Wypożyczyliśmy po jednym zdjęciu z każdej sesji :D
Tu ma niespełna miesiąc.


Tu jest dwumiesięcznicą :D


A to zdjęcie lipcowe.
Się ma trzy miesiące, się jest Damą!
(Mama Helenki pieczołowicie wycinała czarne koła w kartonu,
by perfekcyjnie zaaranżować kadr!)

Wracamy do żywych.
Mamy nadzieję, że na stałe.

Dzięki, że cały czas o nas pamiętaliście.
Serdecznie Was ściskamy!
Bywajcie!

wtorek, 8 stycznia 2013

"Bóg Cię stykaj !"

   
- rozbrzmiewało niegdyś w całej Polsce w Nowy Rok. 
Ten dziś zupełnie zapomniany i niezrozumiały frazeologizm oznaczał polecenie opiece Wszechmogącego.  Bóg Was stykaj zatem, nasi internetowi przyjaciele i znajomi, zgodnie ze staropolskim  obyczajem, skoro już umówiliśmy się, że Stary Rok umarł nocą z poniedziałku na wtorek tydzień temu...

Często dzieci zaskakują nas swoją żelazną i bezbłędną logiką. Ludzkość w swym dziecięctwie też taka była, więc zgodnie z najbardziej logiczną z logicznych teorią świętowała Nowy Rok w marcu, kiedy to wszem i wobec przyroda oznajmiała, że rodzi się znów na nowo. 

Jesteśmy Za, więc może urządzimy sobie prywatnego "Sylwestra" przy pierwszym przebiśniegu. Tym bardziej, że w ten ubiegłotygodniowy Tato zaliczył 39,6, a Prezes niewiele mniej i do dziś zajmują się głównie wspieraniem przemysłu farmaceutycznego, a i Mama nieźle im sekunduje.


Pierwsi chrześcijanie umówili się, że Nowy Rok przybywa 6 stycznia, później długie wieki pukał do drzwi 25 grudnia ( to była oszczędność - dwie imprezy przy jednym stole!)

1 stycznia jako Nowy Rok (dzień, kiedy nadano Dzieciątku imię Jezus) przyjmował się, jako nowa lepsza, słuszniejsza umowa społeczna dość opornie: w Hiszpanii po 1250 roku, we Francji w 1564r., a w Rosji dopiero w 1700r.

Nie dziwi więc, że w dawnej Polsce wigilia Nowego Roku nie była pochopem do wystawnych bali - te zaczynały się dopiero po Trzech Królach. Oczekiwanie na Nowe to czas wróżb. Zaklinano urodzaj i pytano o matrymonialną przyszłość. Szlachta najchętniej w sylwestra organizowała polowania, by wróżyć o szczęściu myśliwskim i powodzeniu zamiarów w przyszłym roku.

Szkoda, 
że już nikt dziś w Nowy Rok owsem nie rzuca, a 
gość nie sypie na cztery rogi stołu po garsteczce ziarna... 
Szkoda, 
że noworoczne wyprawy do sadu nie kończą się wzajemnym wynoszeniem się gospodarzy na barana (im cięższy, tym lepszy, bo taki zabieg miał skutkować jesienią wynoszeniem tak ciężkich worów owoców).

U nas, na Pogórzu unoszący się prosto do góry dym z komina w Nowy Rok wróżył dostatek, mroźna pogoda - urodzaj, zaś śpiew ptaków - powiększenie rodziny o nowe dziecię.
Przykładano też ucho do ziemi i wsłuchiwano się baaaardzo pilnie, bo dzwonienie zwiastowało rok obfity w plony i wesoły, zaś cisza  - smutek i marny zbiór. Biorąc jednak pod uwagę powiedzenie - Cisza, aż w uszach dzwoni - nieśmiało podejrzewamy, że wróżby mogły być rokrocznie optymistyczne. :D

Na wszelki wypadek, by wzmocnić siły rozrodcze ziemi, z samego rana w Nowy Rok gospodarze wbijali w śnieg wiechę zboża!


W Nowy Rok należało też nosić w kieszeni brzęczące monety, w konwiach powinna stać czysta, świeża woda, a pod kuchnią buzować ogień! Zdrowie i urodę zapewniało tego dnia umycie się wodą, do której wrzucono garść pieniędzy. Dużo praktyczniejsze SPA, zauważcie!

Szkoda nam, chudziakom,  jeszcze jednego zwyczaju... Dni, między Nowym Rokiem a Trzema Królami dlatego były nazwane"szczodrymi", że bogatsi obdarowywali biedniejszych. Aptekarze zaś mieli w zwyczaju przysyłać do dworu paczuszki z czekoladą, wódką kolońską i pachnącymi trociczkami. 
O tempora o mores! 
Jak już wspominaliśmy, bardzo szczodrzy byliśmy dla aptekarzy w te szczodre dni. 
I pewnie jeszcze nie koniec naszej dla nich dobroci...

Święto Epifanii kończyło trwające od Wigilii tzw. "święte wieczory". 
Czas ten spędzano kameralnie, z zaciszu domowym na kolędowaniu, opowiadaniu baśni itp. Po zachodzie słońca nie wolno było w te dni prząść, szyć czy w ogóle pracować ostrymi narzędziami, bo kto zakaz łamie, temu wilki  "motały" do obory! 
Wszystkim nałogowym motaczom zdradzimy, że Mama, starych zwyczajów nieuczona, zawzięcie wieczorami dziergała na drutach. Jedyna pociecha w tym, że nasza obora w UchoDyni wciąż pusta. (Kto by pomyślał, że nasz powód częstych utyskiwań czyli pusta obora może się stać źródłem pocieszenia? Samiśmy dla siebie zagadką :DDD)

Do kościoła w Trzech Króli trzeba było dawniej wybierać się niemal z walizą, a już na pewno z pokaźnym tobołkiem. Święcono wówczas nie tylko kredę i kadzidło, ale i złoto, pieniądze, biżuterię, medaliki i wodę. Na Pogórzu także czosnek i cebulę.

Poświęcona wówczas woda posiadała moc szczególną - do wiosny służyła jako obrona przed nieszczęściami, potem naczynie z "wodą trzech króli" stawiano w polu między wschodzącym zbożem i zawieszano na drzewach owocowych, by jakiś spóźniony mróz kwiecia nie zważył. Ot, żadnych pestycydów czy innego świństwa, a urodzaj zapewniony.  Zaprawdę, mieliśmy bardzo ekologicznych przodków!

Święconą kredą znaczono nie tylko domy ("by ich złe duchy unikały"), ale i stawiano krzyżyki na narożach budynków gospodarczych. Też dla ochrony przed złymi mocami oczywiście. U nas odkryto także sekret - siedmiokrotnie święconą kreda leczyła wrzody, a także chore wymiona krów! W niektórych miejscowościach, gdy bydło chorowało, wiercono we żłobie cztery otwory i w każdy wkładano święconą kredę. Ponoć mijało jak ręką odjął!

Kadzidłem przyniesionym z kościoła okadzano domy, rzecz jasna w celu ochrony przed nieszczęściami i urokami. Okurzano też bydło, by i ono bezpieczne było od chorób i uroków. Dym z kadzidła idący prosto do góry stanowił kolejną dobrą wróżbę.

Poświęcone pieniądze składano razem z tymi odłożonymi "na dłużej", bo wierzono (przynajmniej mądrzy Pogórzanie wierzyli :D), że oszczędności po siedmiu latach zabiera diabeł! Hmm, teraz chyba diabeł ma na imię Inflacja i działa szybciej.

Poddana święceniu cebula i czosnek stanowiły na Pogórzu niezawodny lek na gościec. Nacierano nimi bolące ręce i nogi.

Skończyły się Gody, nadszedł karnawał i zgodnie z tradycja czas rozebrać choinkę. Chwalimy się nią nieco na koniec. Konsekwentnie prowadząc prywatną wojnę z komercją nadal dbamy, by nie było na niej rzeczy ze sklepu. Niektórzy pamiętają, że rok temu Prezes uparł się, by zawiesić na drzewku jednego ze swych ukochanych dinozaurów. W tym roku zmusiliśmy Go, by tego sklepowego zastąpił samodzielnie wykonanym z masy solnej. (No, z drobna pomocą Taty :D) Z rozpędu ulepił też kilka pokemonów... :DDD

Przy okazji uruchomiliśmy też niewielką anielską manufakturę.

Teraz, wylegując się w łóżkach, wygrzebaliśmy dawności te, jak się nam wydaje, najbardziej zapomniane. Wyczytaliśmy je  w: 

Zygmunt Gloger Rok polski w życiu, tradycyi i pieśni.

Andrzej Karczmarzewski  Ludowe obrzędy doroczne w Polsce południowo-wschodniej

Hanna Szymanderska Polskie tradycje świąteczne

Udowodniwszy bez najmniejszych wątpliwości, że czas i jego mierzenie jest wyłącznie kwestią umowy, 
UMAWIAMY SIĘ Z WAMI, ŻE ŻYCZYMY WAM NAJ NAJ NAJ 
W PIERWSZYM ROKU 
TRZECIEJ ERY

( "Trzecia",
 bo w końcu wszyscy szczęśliwie przetrwaliśmy kolejny Koniec Świata, a NOWA ERA brzmi tak optymistycznie i wzbudza jeszcze większe nadzieje, więc CZEMU NIE???)

Jeśli chodzi o życzenia szczegółowe :DDD, nikt naszych myśli nie wyraził lepiej niż nasz krajan (urodzony w Dubiecku) książę, biskup, hrabia, kawaler maltański, POETA - Ignacy Krasicki:

Żyj lata Matuzalowe,
Albo przynajmniej połowę,
A choćby ćwierć dla igraszki
Dwieście lat i to nie fraszki.

Bądź więcej niżli sławnym, więcej niż bogatym,
Bądź więcej niż szczęśliwym,  cóz przyjdzie za tym?
Oto, iżbyś przesadził i nie był szczęśliwym,
Miej co masz, a miej kontent, to szczęściem prawdziwym.

Bywajcie w zdrowiu!

czwartek, 2 sierpnia 2012

"Nikt nie szuka inicjałów cieśli, gdy cieśle dom postawią."




Bezpośrednim pochopem do dania w tytule cytaty z prześlicznego wiersza 
"W lesie listopadowym"
 nieśmiertelnego Mistrza  
Jerzego  Harasymowicza 
stał się taki oto fragment modrzewiowego tragarza z wyrytym krzyżem i datą 1904.



Fragment ów Tata, wyszedłszy przedwczoraj na wieczorne, odświętne i dobrze, 
uczciwie zasłużone piwo w jedynym kosztowskim sklepie, 
przytargał był na plecach przez całą wieś,
wymieniwszy u jednego sympatycznego współbiesiadnika
na inną modrzewiową belkę, 
którą mniejszy żal zrąbać i spalić.

(Oczywiście wymiana odbyła się najpierw "na gębę".
 Wszak Tata, idąc na piwo, z rzadka tylko ma przy sobie odpowiednich gabarytów belkę na wymianę.)



Ale nie tylko to.
 Oczywiście, jeszcze o wiele za wcześnie na jakieś uchoDyńskie podsumowania, ale ostatnio bardzo mocno popracowaliśmy nad naszym Domem i z pewnym niekłamanym wzruszeniem uświadomiliśmy sobie, że przecież, kiedy kto mówi, że "buduje dom", sporadycznie tylko oznacza to, że własnoręcznie dźwiga materiał i ciosa czy muruje. 
Najczęściej tylko wykłada pieniądze i daje instrukcje.

Tymczasem w naszej UchoDyni, choć Ją tylko remontujemy,
KAŻDA belka i deska będzie nosiła ślady pracy naszych rąk.

Wydaje się nam, że tworzy to niezwykłą, nieporównywalną z niczym więź.

Nie tylko pomiędzy nami i naszym Domem, ale i pomiędzy nami, a tym bezimiennym Majstrem, który w 1904 roku wyrył na belce Krzyż i tysiącami Jego anonimowych Poprzedników i Następców, po których zostały cudowne drewniane konstrukcje i ryty na tragarzach. :D


 Sporo przemyśleń i spraw do opisania, fajnych i niefajnych, a między innemi nienajostatniejszą jest tradycyjna niedzielna wycieczka. Tym razem ruszyliśmy lewem brzegiem Sanu.

Cóż, ani "szybkość" internetowego łącza, ani litość nad Czytelnikami nie pozwalają nam opisać wszystkiego, co widzieliśmy, 
(a odwiedziliśmy doprawdy niezwykłe, często obrosłe kapitalnymi historiami, 
niemal na równi z nieprzebytą gęstwą krzaczorów, miejsca), 
więc pewne rzeczy tylko zasygnalizujemy.
Na wypadek, gdyby się ktoś tu dziwnym (i oby szczęśliwym) trafunkiem zabłąkał.

Skoncentrujemy się zatem niemal wyłącznie na takich "pierdółkach", jak ta belka.
Drobiazgach, które  akurat sprawiły, że serca nam się ścisnęły nagłym wzruszeniem.

Na zdjęciu powyżej - Temeszów.


 Ruiny dworu Dwernickich. 
Katowaliśmy Was ostatnio dworami, więc ten poczeka pewnie na lepsze dla się czasy.
 (Znaczy wpis, bo "dwór" długo nie postoi.)

A o dworze w Temeszowie można bajdurzyć długo, bo długą i burzliwą historię ma za sobą. Założenia gospodarskie i parkowe, budynki gospodarcze i kilka stawów, tego niewielkiego, ale doprawdy urokliwie, niemal nad samym brzegiem Sanu położonego majątku wciąż są doskonale czytelne.
Niech Wam wystarczy dla zaciekawienia Temeszowem jeden fakcik. 

Do 1929 roku stał na sztucznej wyspie na samym środku stawu obronny, modrzewiowy dwór-wieża (później używany w charakterze spichlerza) zaprojektowany w 1702 r. przez Stanisława Fredrę, prapradziadka 
ułana, hrabiego, świntucha, humorysty, birbanta i znakomitego poety Aleksandra.

W każdym razie, w rzeczonym dwudziestym dziewiątym roku dwudziestego stulecia po narodzeniu Chrystusa kupił dwór łyk z Dynowa i z pozyskanego modrzewia postawił sobie w Dynowie chałupę, która stoi do dziś.


Ostała się, oprócz budynków gospodarczych, w zakątku starego parku dworska kaplica
p.w. Matki Bożej Ostrobramskiej , czyli też od 1968 r kościół filialny parafii dydyńskiej 
(w Temeszowie właśnie w czasie napadu UPA spłonęły starodawne księgi parafialne z kościoła w Dydni, które pożyczył celem przestudiowania i uzupełnienia emerytowany ksiądz,
zamordowany zresztą "przy okazji" tegoż napadu) 
. 
Prosta budowla i niewydumana.

I pewnie dlatego niesamowita. 
Aż chce się Człowiekowi siąść na ławeczce pod lipami i podumać 
przy ogłuszającym wtórze gniazdujących mrowiem w starodrzewiu ptaków.

Prosta budowla? 
A popatrzcie na te neogotyckie drzwi!


I na tę, zachlapaną brzydką olejną farbą, nieprawdopodobną kowalską robotę z wykutą datą 1893 !

Toż nie tylko wyjątkowo paskudnym niechlujem, ale i ostatnim sukinkotem trzeba być, żeby takie coś popaćkać farbą ! A jeżeli już, to z jęzorem na brodzie starannie nie wyczyścić! 

Aż się boimy zastanawiać, jakie drzewo może być ukryte pod farbą na drzwiach!


Ech! Jadziem dalej, choć serce boli! Nerwy nam się jeszcze przydadzą. Więc tylko mimojazdem zarejestrujmy zupełnie niewidoczną z drogi dawną cerkiew grekokatolicką pw. św. Michała Archanioła z 1812 roku w Witryłowie. Dziś kościół filialny parafii w Końskiem.

Najładniejsze w tym kościółku jest niestety tylko położenie i "grota Matki Bożej". Ikonostas uległ zniszczeniu, a samą cerkiewkę uratowano przed zupełnym zniszczeniem dopiero w 1981. 

Należy się witryłowskiej świątyńce miejsce w naszym wpisie, jak psu kość, choćby i z tego tylko powodu, że Go wzięła spod cerkwi zaszczepkę zielonej hortensji i floksa.
 Przyjęły się. :DDD


Prezes miał okazję zapoznać się z sympatyczną witryłowską kozą, która, na nieszczęście, okazała się być, podobnie jak On, miłośniczką Scoobiego.
I to miłośniczką o nienasyconym apetycie!

Prezes nie był jednak skłonny nakarmić kozę
(nawet sympatyczną skądinąd)
swoją nową gazetą! 
Wyraził to na tyle dobitnie, że ani koza, ani my, ani Scooby nie mieliśmy najmniejszych w tym względzie wątpliwości!

Mogło by się zatem wydawać, że skoro "oficjalny zabytek" niespecjalnie ciekawy, to nie ma w Witryłowie do zobaczenia nic, oprócz takich oto banalnych, napółziemnych piwniczek (:DDD)
i kilku fajnie wykończonych starych drewnianych chałup, gdyby nie kazało nam dać po hamulcach...


Takie coś!

No, nie wiemy jak Wy, ale myśmy kilka niezwykłych rzeczy na Pogórzu widzieli, natomiast takiej, przydrożnej, z łamanego kamienia kapliczki jeszcze nie!

 Ktoś się ad maiorem Dei narobił!

W środku ludowa Pogórzańska Pani i stareńkie, drzewniane tabernakulum.
A kapliczka w ogóle nie zamknięta!
Ech, szczęśliwi ci witryłowianie, że się złodziejstwa nie boją!


Na zewnątrz w jednej wnęce święty "Reprobus", (czyli "Odrażający").
Wyjątkowo ponoć paskudny olbrzym, przedstawiany niekiedy w ikonografii jako mający na karku głowę psa, zamiast ludzkiej.
Biedak, który był tak brzydki, że myślał, iż nie ma duszy
i męczeńską śmiercią chciał ubłagać Boga aby Mu ją dał!
A który znany jest bardziej z przydomka Christo-phoros,
"Niosący Chrystusa".
Krzysztof.
Jeden z Czternastu Wspomożycieli. Zamęczony za Trajana Decjusza ok 250 rok.

Z drugiej za to, wygląda na Boży świat
od niedobrego króla Czech i Niemiec
Wacława IV Luksemburczyka,
 Roku Pańskiego 1393,
 męczon okrutnie i wreszcie utopion w Wełtawie za Wiarę i zasady,
niezwykle popularny u nas, biskup praski Jan Nepomucen

W trzeciej, niezidentyfikowana płaskorzeźba, w której domyślamy się "Matki płaczącej".
Acz głów pewnie na to nie odważylibyśmy się postawić.

(W każdym razie swoich! :D)

Po czymś takim, co zobaczyliśmy w Witryłowie,
nie możecie się chyba dziwić, że przy następnej, stojącej w szczerym polu już w Końskiem
kaplicy również nadepnęliśmy hamulec.

 I słusznie!
Jest to wystawiona w 1938 r., a dziś już nieużywana dworska kaplica mszalna p.w. św. Andrzeja Boboli, który to święty w jakiś tam legendarny sposób związany jest z Końskiem.
Cóż, niby, oprócz tego, że to rzadka u nas konstrukcja przysłupowa, nie ma w tej kaplicy nic ciekawego,...

Ale popatrzcież znowu na drzwi! :D 
Niezłe, co?


Sam XVIII w. dwór Korczyńskich w Końskiem zostawiamy sobie na kiedy indziej.
Zwłaszcza, że dziś to własność prywatna, a Właściciele chyba nie przepadają za intruzami, o czym świadczą tabliczki.
Może się jeszcze sami nie zdążyli nacieszyć posiadaniem?
Oby następne pokolenia nabrały z tego przepięknego miejsca nawyku szczeropolskiej gościnnej serdeczności i świadomości, że to, czym mają szczęście się zajmować i szczycić, jest również dziedzictwem całego, wyjątkowo niesprawiedliwie doświadczonego przez Historię Narodu.


Podobnie zostawiamy z boku na później (z żalem zresztą)
naprawdę duuużej urody drewnianą dawną cerkiew w Końskiem pw. Przemienienia Pańskiego.


 Cerkiew zbudowano w tzw. "narodowym stylu ukraińskim", czyli takim "post-huculskim", 

(coś jak nasz "zakopiański",
który też się zresztą jeszcze tutaj pojawi w bardzo niefajnym kontekście), 


Acz z pewnością nie jest to nasz ulubiony styl jeżeli idzie o architekturę cerkiewną,
to z całą pewnością nie możemy odmówić mu monumentalnego piękna.

Hmmm, gdyby nas kto jednak zapytał o ulubiony styl architektury cerkiewnej, to chyba właśnie najbardziej nas ruszają takie maluteńkie, nienachalnie piękne, kościółkowe świątyńki z XVIII w jak ta w Krzywem.

Jeżeli idzie o pogórzańską architekturę cerkiewną, to nie wiem czy pamiętacie nasz wpis, w którym pokazywaliśmy cerkiewki w Obarzymie i Łodzinie,  

(Zwróćcie uwagę na charakterystyczne podobieństwa.)

Zbudowane z potężnych modrzewiowych bali.
 Ze zdekompletowanymi rozkradzionymi, poniszczonymi ikonostasami.i wyposażeniem

(Że też nigdy, od średniowiecza, ręce Gnojom-Świętokradcom nie usychają!)
 Ciekawe czy ktoś opracował już charakterystykę tej zaprawdę specyficznej pogórzańskiej architektury?
(Jeżeli nie, to chyba trzeba to będzie zrobić samemu. :
(Ciekawe kiedy. :/)
Belka inskrypcyjna z datą 1759.

.I ciekawostka!
Widział kto kiedy komin na kościele, cerkwi, bożnicy, czy meczecie? :D 
My nie! :D

Dobra jeszcze tylko klamka. :D

...i pomyślimy, komu bije dzwon! 

Dzwon, i to ostatni zupełnie, bije otóż czemuś takiemu!

A jest to, nasi Kochani, cała pokryta gontem stara plebanija w Dydni!


 Pamiętacie, jak pokazywaliśmy zupełnie niezwykły i przepiękny, niszczejący bezpowrotnie, drewniany  Parafialny Dom Ludowy w Hyżnem?
Bolało serce jak fix.! 
A tutaj...

Pogadaliśmy chwilę z Proboszczem
 i rozumiemy doskonale, że dźwignięcie remontu idącego w miliony jest ponad siły Parafii


Ale ten budynek
wzniesiony w 1917 roku według planów Bogdana Tretera w stylu "zakopiańskim"jest jedną z chyba piękniejszych drewnianych budowli w naszej części Polski


I pozwolić mu, ot tak, zgnić, to tak na nasze prostackie sumienia, grzech trudny do wybaczenia!
Grzech wobec Boga i Polski!

A ewidentnie celowe zasłonięcie tego Cuda ciesiołki paskudnym klockiem ogromnej, nowej plebanii wskazuje niestety
na PREMEDYTACJĘ!

Niech Bóg wybaczy winnym, bo my chyba w tym wypadku nie umiemy!

(Zwłaszcza, że (he,he!) Stara Plebania w Dydni znajduje się na 
Podkarpackim Szlaku Architektury Drewnianej!
Ciekawe, jak długo jeszcze? :/)



Żeby nieco rozluźnić atmosferę, żegnamy się z Wami zdjęciem
Taty, Prezesa i cerkiewnego okienka w Krzywem, oraz pewną anegdotką.

Otóż Prezes kucając, zaobserwował był niedawno łażącego po desce "robaka" i w związku z nim wywiązał się taki oto dialog:

-Tatusiu, patrz jaki robak!
- To jest Syneczku szczypawka.

Prezes po chwili przyglądania się uciekającej w panice szczypawce:

- Oj, Tatusiu! Ona chyba nie wie, że jest szczypawką!

:DDDD

Bywajcie w zdrowiu!






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...